Nordkap
Rodzaj: wyprawa rowerowa
Uczestnicy:
- Marek Krawiel
Pomysł podróży rowerem na Przylądek Północny zrodził się na niecały miesiąc przed startem. Dotąd w planach była inna wyprawa, w zupełnie innym kierunku, dookoła Morza Czarnego, nie samotnie lecz z kolegą. O zmianie planów zadecydowało kilka powodów: względy temperatury, termin podróży, bezpieczeństwo. Ostatecznie 4 lipca byłem przekonany o kierunku, który mam obrać i przygotowany, by dnia następnego o godzinie 6 rano opuścić rodzinne miasto Bytom wraz ze swoim czterdziestokilogramowym przybytkiem i udać się w stronę północnego krańca Europy-norweskiego przylądka Nordkapp. Nie wiedzialem ile kilometrów dokładnie dzieli mnie od upragnionego celu podróży i chyba nie chciałem wiedzieć. Wystarczy, że na mapie wyglądało na daleko...Na wszelki wypadek przygotowałem krótszą alternatywę-Pojezierze Fińskie- to tak jakby zabrakło sił i motywacji na pierwotne wyzwanie.
Pierwsze dni podróży upływały pod znakiem upałów. W tamtym okresie letnie temperatury nie dawały odetchnąć mieszkańcom nie tylko naszego kraju, lecz prawie całej Europie. Mi one jednak nie sprawiały większych problemów. Po prostu poprzestawiałem troszkę godziny podróżowania z przesunięciem na rano. Rozpoczynałem o 6 rano i kończyłem dzienny etap już około godziny 13 nie przegrzewając się zbytnio.
Cztery dni przez Polskę, z Bytomia do wsi Hańcza w Suwalskim Parku Krajobrazowym, upłynęły pod znakiem odświeżania kontaktów z rodziną i znajomymi, u których zatrzymywałem się na nocleg. Wspomne, że po raz pierwszy miałem okazję być w naszej stolicy i poświęcic jej trochę czasu. Zawsze kończyło się na godzinnym obserwowaniu zgiełku i pomieszania z poplątaniem przez samochodową szybę. Jakie wrażenia? Raczej miłe zaskoczenie. Ale Kraków, w którym studiuję na Wydziale Leśnym Akademii Rolniczej robi o wiele większe:)
Kolejne 4 dni zajęła mi podróż do stolicy Estonii, najmniejszej z nadbałtyckich republik- Tallina. Litwie i Łotwie nie poświęciłem wiele uwagi z racji tego, że w ubiegłym roku odwiedzłem już te kraje na rowerze. Będac w Rydze, postanowiłem jednak,że odwiedzę tam swoją daleką rodzinę, o której istnieniu dowiedziałem się przed wyjazdem. Zaopatrzony w nazwe ulicy i numer domu, odnalazłem w końcu po około godzinnym poszukiwaniu miejsce rzekomego zamieszkania moich krewnych znad Dźwiny. Okazało się jednak, że dom zamieszkany już przez kogoś innego, niezbyt gościnny w gościnę nikogo nie zaprasza. Więc szukaj sobie sam człowieku miejsca na nocleg o godzinie 21, tyle masz wolnej przestrzeni. Więc znalazłem w końcu wygodny las na przedmieściach Rygi, przy drodze wylotowej na Tallin. Całkiem przyjemny, aczkolwiek w nocy ktoś lub coś próbowało się do mnie zbliżyć. Nie rozbijałem namiotu, bo było niezwykle ciepło i nie zapowiadało się aby padał deszcz. Policzyłem kilka kroków, i gdy stwierdziłem, że obiekt zaczął się oddalać, zasnąłem ponownie. O 7 rano byłem gotowy by rozpoczac kolejny piękny dzień wyprawy.
Następne dwa dni minęły a przywitała mnie kolejna stolica, zgoła inaczej, mogę powiedzieć, z otwartymi rękoma. Zapamiętałem Tallin jako najpiękniejsze miasto, które dotychczas udało mi się odwiedzić. Urzekło mnie spokojem i jakimś takim pozytywnym rozleniwieniem. Pomimo tego, że miasta portowe zawsze kojarzyły mi się z ruchem i pośpiechem. Spędziłem więc tutaj dodatkowy dzień, zwiedzając zakątki uroczej starówki, zanim przez Zatokę Fińską, udałem się do Helsinek. Buszując cały dzień po jej wąskich uliczkach, podziwiając najdłuższe mury obronne w północnej Europie oraz zwiedzając liczne zabytki - pozostałości po hanzeatyckiej przeszłości miasta, zapomniałem na chwilę, że jest to tylko krótki przystanek w długiej drodze ku północy.
Generalnie ne przepadam za zwiedzaniem miast (chyba, że urzekną mnie czymś wyjątkowym tak jak Tallin), dlatego tez Helsinki, kolejna stolica na mojej trasie, nie zatrzymały mnie na długo. Wszechobecna nowoczesność, szkło, stal i ta nowość wszystkiego, troszkę drażniąca polskie oko, pozostawały w wielkim kontraście do Estońskiego brata znad przeciwnego brzegu. Szybko więc opusciłem teren zurbanizowany udając się dalej na północ. Będąc po raz pierwszy w Finlandii, zdumiało mnie tu wiele rzeczy, ale chyba największym zaskoczeniem(bardzo pozytywnym zresztą), była niezwykle rozwinięta sieć dróg rowerowych, czegoś, o czym polski milośnik dwóch kółek może tylko pomarzyć(bo owszem, posiadamy ich tysiące kilometrów, ale tylko w planach).
Kolejne dni to ciągła podróż w tym samym kierunku przez zachodnią część Suomi, jak Finowie nazywają swój kraj. Okolo 450 km na północny zachód od Helsinek, zatrzymałem się u znajomego Szweda, by po jedniodniowym odpoczynku, ruszyłem dalej w stronę Laponii- najbardziej odludnego obszaru Europy, gdzie podobno całe chmury krwiożerczych komarów tylko czekają na południowych turystów, aby wyssać troszeczkę ich krwi.
Bloodsuckers, jak żartobliwie nazywają ich Finowie z południa, nie wyrządziły mi jednak wielkiej krzywdy. Pewnie nie z powodu smaku mojej krwi, lecz suszy, która w tamtym czasie panowała w całej Finlandii. podobno był to najsuchszy od 45 lat rok. Mogłem więc cieszyć się pięknem dziczy do woli.
Studiując leśnictwo, a dokładnie ochronę zasobów leśnych, nigdy nie przypuszczałem, że las może mnie znudzić. Finlandia jednak ze swoimi leśnymi połaciami, a szczególnie Lappi, uświadomiła mi, że jednak może.
Również renifery napotykane na drodze,te pierwsze wywoływały ekscytację i zmuszały do szybkiego zatrzymywania i robienia zdjęć, lecz przez następne dni całe stada przemierzające dzikie ostępy, uświadamiały mi, że nie są one tu niczym nadzwyczajnym. Wręcz przeciwnie- stanowią utrudnienie dla zmotoryzowanych turystów blokując przejazd.
Po przekroczeniu granicy z Norwegią w Karigasniemi, zdałem sobie sprawę z tego, że niewiele pozostało już do przejechania. Niewiele, a jednak jeszcze trochę, i to w najtrudniejszych warunkach. Norwegia uparcie broniła dostępu do znanego przylądka. Chłód, deszcz i silny wiatr z północy dawały mi do zrozumienia, że będę się musiał bardzo postarać, aby się tam dostać.
Ostatnie 200 km przejechałem wzdłuż fiordu Porsangen, pokonując pięć tuneli przedostałem się na wyspę Mageroya, by 27 lipca postawić nogę tam, gdzie chciałem. Postawić nogę lub dwie ale bez roweru, ponieważ ten zostawiłem kilometr wcześniej między skałami, aby uniknąć uiszczania opłaty wstępu do "strefy Nordkapp". Ostatni kilometr przeszedłem więc pieszo wzdłuż urwistego klifu o wysokości 300 m. Z powodu silnego wiatru oraz przenikliwego zimna (zapomniałem z domu rękawczek a na kupienie nowych w Norwegii żal mi było pieniędzy), po 20 minutach i uprzednim zubożeniu przylądka z pół kilograma drobnych kamiennych pamiątek, ruszyłem w drogę powrotną zastanawiając się po co w ogóle tu przyjechałem. Jeszcze pewnie długo się nad tym będę zastanawiał. Może dlatego, ze lubie przygodę i samotność, a ta podróż mi to zapewniła, i to w nadmiarze. Drogę powrotną zaplanowałem rownież przez zachodnią część Finlandii, na co wpływ miało wiele znajomych, z którymi chciałem się jescze raz zobaczyć, a którzy trzymali kciuki za powodzenie mojej podróży. Będąc ponownie w Estonii, tym razem udałem sie w stronę jej największej wyspy - Saremy, którą objechałem dookoła. Mogę śmiało stwierdzić, że to właśnie ten ląd urzekł mnie najbardziej, najgłebiej zapisał się w mojej pamięci. Nawet bardziej niż Laponia, urzekł mnie on swoją odludnością i pierwotnością. A przecież to takich terenów najbardziej szukałem. Stare, skrzypiące na wietrze wiatraki, latarnie morskie stojące na zupełnie odludnych wybrzeżach, morski chłodny wiatr - to wszystko mogę z Saremy przywołać jedynie w swojej pamięci, ponieważ zdjęć z tej części podróży do dziś nie mogę odzyskać z karty pamięci mojego aparatu.
Następnie przez wschodnią Łotwę i Litwę dotarłem do Polski. W Białymstoku zakończyłem podróż 19 sierpnia po przebyciu 6 tys. klometrów.Teraz, gdy piszę ten artykuł kilka miesięcy po powrocie, z innej perspektywy mogę spojrzeć na cały sens tego co uczyniłem w wakacyjnym okresie. Pozostało mi wiele dobrych wspomnień, umocniona wiara w ludzi ale również zamiłowanie do języka szwedzkiego.
