Vesteralen
Rodzaj: wyprawa rowerowa
Uczestnicy:
- Marek Krawiel
- Mikael Blomqvist
29.06.2007
Kilka spraw pozostawiam nie dokończonych, w tym 3 egzaminy sesji letniej. No cóż, zdam je we wrześniu. Gdzieś zapodział mi sie mój indeks i to też jest pewien problem. Do wyjazdu pozostały 2 dni. Najpierw 13- stogodzinna podróż czterema osobówkami przez Polskę do Gdyni, potem promem do Szwecji, stamtąd już na rowerze w kierunku północnym jakieś 8 dni i spotkam się z Mikaelem (mój fiński przyjaciel, z którym zaplanowaliśmy wspólnie tą wyprawę). Co będzie dalej? Nie wiem, tak samo jak nie znam odpowiedzi na wiele innych pytań, które się nasuwają. Jadę w nieznane. Mam nadzieję, że wrócę odmieniony, lepszy.
02.07.2007, dzień 1
Trasa: 30 km za Karlskroną
Leżę już w namiocie. Rozbiłem go wprawdzie nie z taką wprawą jak czyniłem to podczas ostatnie podróży, ale w końcu to mój pierwszy dzień. Jeszcze będzie lepiej. Jest godzina 21.18 i za niedługo pora będzie ułożyc sie do snu. Ostatnie 2 dni to podróż pociągiem przez Polskę oraz dzisiejsza przeprawa promem do Szwecji. Jak to opisać aby oddać prawdę? Hmm. Może tylko tyle: wczoraj 4 osobówki z Bytomia do Gdyni(12h i 50 min.) Dzisiaj 10 h promem. Poznałem 2 ciekawych ludzi. pierwszy to Łukasz. Gościł mnie u siebie w Gdyni jako członek Hospitality Club. Drugi to Marcin, którego poznałem na promie. Miał w planie samotne wędrówki po szweckich parkach narodowych północy. Ciekawe czy zrealizował swoje plany? Jestem trochę zmęczony disiejszą podróżą więc posłucham trochę muzyki i pójdę spać. Trudno na razie coś więcej napisać. Myśli mam wiele. Znajdę pewnie czas na to by je tu wszystkie uzewnętrznić. Dobranoc.
03.07.2007, dzień 2
Trasa: 110 km
Tkwię w tym samym miejscu pośród stada czarnych pomrowów. deszcz skutecznie mnie zatrzymał. Jest godzina 13.10 i nadal pada. Nie ma nadziei na koniec. Nie wiem co robić. Czy po zjedzeniu zupy jednak ruszyćz w drogę czy dopiero jutro (jeszcze wtedy nie wiedziałem że będzie padać kilka dni kolejnych do tego stopnia, że w Szwecji były powodzie). Wszystko prawie mam mokre, bo źle napiąłem namiot i przeciekał. Teraz jest już dobrze bo poprawiłem.
04.07.2007, dzień 3
Trasa: 140 km
Zacznę od tego, że znowu pada deszcz. Za dnia było w miarę spokojnie. Teraz sie rozpadało, ale nie mocno. Troszkę pokrapuję. Jestem już, rzecz jasna, w namiocie. Godzina 17.10. Czasami trzeba sie rozbić wcześniej. Tak bywa. Wczoraj oczywiście gdy tylko sie rozpogodziło, ruszyłem w drogę. Przejechałem nie więcej niż 110 km i zatrzymałem się w okolicy wioski Tolg. Byłem jednak tak zmęczony i zniechęcony pogodą, że nie chciało mi się nawet pisać czegokolwiek. Dziś jest trochę lepiej pod względem psychiki. Zjem "zupę", którą sobie przygotowałem i będę kontynuował to pisanie. Rozbiłem namiot zaledwie kilka metrów od leśnej drogi. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mnie tu niepokoił. w końcu obowiązuje tu Allmänsrätten, czyli Prawo Każdego. Życze sobie smacznego ( w takich warunkach wszystko smakuje, a każdy łyk wody jest niezwykle cenny. W sumie o to chodzi w tej wyprawe, aby na nowo odkryć wartość zwykłych rzeczy, których obecność przyjmujemy z reguły za pewnik. Właśnie zdołałem umyć zęby mając do dyspozycji 50 ml wody. Teraz nie pozostała i juz ani kropla. Chyba, że będę zlizywał ją z tropiku namiotu:) Postanowiłem jutro w sklepie kupić coś leszego od jedzenia. Chociaż kaszki dla niemowląt, które wziąłem ze sobą z Polski jako dobry substytut tutejszej droyżny jeszcze mi się nie brzydną, to jednak topnieją w zatrważającym tempie. Słucham "Sandry" i myslę nad tym co dalej. Po głowie chodzi mi pomysł, że może pojadę jeszcze kilka dni na północ, a potem po spotkaniu z Mikaelem popłyniemy z Nynashamn do Polski i tam będziemy kontynuować naszą podróż (nie wiedziałem wtedy, że w Polsce podobnie, pogoda była fatalna dla jazdy na rowerze)... szczerze się przyznam,że pedałowanie w takich warunkach, z takim ładunkiem (całkowita masa roweru i pakunku ok. 40 kg), a w dodatku samemu, nie należy do przyjemności. Gdybym tylko nie musiał być sam.. A deszcz kropi i kropi. Nie chce przestać. Nawet ptaki przestały śpiewać. Kolejna bateria w MP3 padła. Wszystko jest inne (czytaj: wszystko wydaje się inne) gdy jest druga osoba. To zatem dziwne,że będąc sam w życiu, zgodziłem się sam ze sobą, aby w ogole jechać samemu. Nawet nie mam o kim pomysleć jako o Kimś, kto najbardziej się o mnie martwi i bynajmniej nie mam tu na myśli rodziców czy innych bliskich mi osób, tylko kobietę, z którą mógłbym żyć. Nie wiem jednak czy jestem na to przygotowany. Wciąż nie wiesz! A kiedy masz zamiar być!? Jeśli nie spróbujesz, bo nie masz odwagi możesz tego żałować. Półtora roku minęło odkąd rozstałeś się z Aldoną. Przez ten czas nie odważyłeś się z nikim zbudować jakiejkolwiej bliższej więzi.. może wyznajez zasadę "nic na siłę", a może "nie angażuj się, to boli"? Trzeba napisać smsa do Mikaela...
05.07.2007, dzień 4
Trasa: 188 km
Cóż tu dużo pisać? Pierwszy dzień ładnej pogody. Poznałem dwie Szwedki, które na rowerach z okolic Gothenburga pedałują do parku narodowego Sarek na północy, aby tam uczestniczyć w ślubie kogoś ze swojej rodziny. Jechało mi sie dzisiaj dobrze. Wiatr ogólnie był sprzyjający, choć były momenty, że wiał prosto w gębę i skutecznie ograniczał prędkość jazdy. Przeszkadza mi brak wody. Czwarty dzień się nie myję i przez to cały sie kleję. Muszę koniecznie jutro po drodze wskoczyć do jakiegoś jeziora. Hmm...tylko ręcznik zgubiłem po drodze podczas suszenia na tylnich sakwach. Mało zdjęć robię. Dziś 4 ale w sumie to chyba 10 dopiero napstrykałem. Nie chce mi się zatrzymywać i każdorazowo wyciągać aparatu z sakwy (to nie cyfrówka, tylko wielki Canon EOS 300, więc nie można go trzymać w tylnej kieszonce koszulki kolarskiej). Każde zatrzymanie to poza tym, strata energii i mięśnie również tego nie lubią. Takie krótkie zastanie wybija z rytmu. Idę do WC, czyli na zewnątrz:) Odnośnie dzisiejszego spotkania.. To było jak dodatkowy promyk Śłońca w dzisiejszym dniu. Niestety zdażył się rownież wypadek. Helena o mało nie połamala się wjeżdżając w betonowy słupek, który ktoś bardzo pomysłowy ustawił niemal na środku drogi (nota bene tylko w Szwecji widziałem podobne idiotyzmy na drogach). Lubię jeździć bocznymi drogami. Wtedy doświadcza się tej typowej szweckiej prowincji. Jest tutaj naprawdę cudownie. Wszystko takie naturalne, ludzie o wszystko dbają i bynajmniej nie jest to pedantyczna Szwajcaria czy Austria. To jest po prostu "lagom", czyli w sam raz:) Wiele domostw nie ma płotów i do tego ta idealnie wystrzyżona trawa.. Muszę przyznać,że styl utrzymania posiadłości podobny do fińskiego. Tiaa...jutro niestety czeka mnie troszkę głowniejsza droga, ale zobaczymy. Może coś innego wymyślę. Do Hudiksvall jakieś 3 dni drogi. Do Umea* sądzę, że jakieś 5. Kończę już, bo pomimo tego, że dzień tutaj dłuższy, człowiek nie puchacz i spać w nocy musi. Godzina 21.47 . Hej da*!
06.07.2007, dzień 5
Trasa: 160 km
Nieznośne uczucie brudu mnie ogarnia. Po prostu się kleję. Można zadać pytanie czemu po drodze się nie wykapię w jakmś jeziorze. No tak, ale pogoda to bardziej tu wiosenna aniżeli letnia, więcej chmur niż słońca. Trzeci powód, choć ten mniej zasadny- zgubiłem ręcznik. Pocieszam się tym, że za dwa dni będę u Dorothei z Hudiksvall. Zanim jednak tam dotrę, trzeba będzie odnaleźć Jej dom, a to pewnie nie będzie łatwe. Wiziałem na mapie internetowej dokładnie gdzie znajduje się dom i nie wyglądało to ciekawie. Leżę w namiocie nie sam. Towarzystwo mrówek mi nie przeszkadza dopóki nie zaczynają mnie podgryzać. Nie chodzi mi bynajmniej o roztrząsanie faktu czy jest to zdrowe czy nie, ale nad wszystko nieprzyjemne i boli. Noc...to ta najprzyjemniejsza część doby kiedy nie trzeba pedałować, taszczyć tych kilkadziesiąt kilogramów szmelcu ze sobą, zmagać się z wiatrem (dziś był bardzo silny z północy.Tak silny, że momentami zwalniał mnie do 17 kmh). Mam nadzieję, że jutro zmieni kierunek, bo jeśli nie to aż strach pomyśleć co będzie:) Wspomniałem o tym, że to najprzyjemniejsza część doby. Przyczynia się rownież do tego możliwość swobodnego słuchania muzyki. Napisałem "swobodnego". Trzeba wyjaśnić co przez to rozumię. Może słowo niezbyt trafnie dobrane, ale chodzilo m o to, że jadąc na rowerze, muzyki slucham raczej dla towarzystwa w pedałowaniu, nie pojmuję jej w całej okazałości, może troszkę przez to bagatelizuję jej znaczenie.. Teraz moge jej poświęcić więcej uwagi, na spokojnie.. Dziwne miejsce wybrałem do rozbicia namiotu-las pełen kamieni. Z trudem znalazłem odrobine płaskiego miejsca, a i tak nie jest prosto, bo zewsząd jakieś muldy cisną się do wewnątrz. Teraz trochę o tym jak mi się jedzie. Trzeba przyznać, że ciężko. Już nigdy nie wybiorę się samemu w podróż. Jazda w pojedynkę nic nie daje. Może trochę przesadzam,ale na pewno we dwójkę jest raźniej i owocniej. Dokonuje się więcej przemian. Miałem okazję 25 km jechać z Heleną i Fridą (wspomniałem o nich wczoraj). Nawet się nie spostrzegłem jak szybko zleciał mi czas, a ile wspólnych doznań, ile rozmów po svenska-engelska. Ciekawe gdzie teraz są...? Cóż o mojej jeździe? To raczej tułaczka. Pedałowanie przerywane czasem, w ktorym trzeba coś zjeść, zapytać o wodę, pójść do sklepu. Idę do lasu, wiadomo po co. Potem będę kontynuował. Mam jeszcze kilka wątków na dziś do poruszenia. Dziś w sklepie kupiłem taki dziwny chleb. U nas w Polsce takiego nie ma ale w Finlandii widziałem. Szkoda tylko że kosztuje na polskie okolo 10 zł. Ale nie o cenach chciałem tu pisać. To nie przewodnik. Teraz może trochę o tym o czym najczęściej myślę, gdy poruszam sie dalej i dalej na północ. Zasadniczo to się rozglądam i staram chlonąć przemijający krajobraz. Jest na co popatrzeć, choć przyznać muszę, że jest to dość monotonny krajobraz. Las, las, las, jezioro, kamienie, czerwone domki, las i kamienie. Wszędzie szwedzke flagi, zadbane ogrody, no i dalej las. A gdy spojrzysz przed siebie widzisz idealnie rowną drogę. Wprawdzie dziś cały dzień jechałem główną drogą, ale to te najmniej uczęszczane mają najwięcej uroku w sobie. Udostepniają szwedzką prowincję, która jest inna od tego co się mija jadąc drogą z dwoma numerami. Rozbiłem namiot z wejściem w kierunku północnym. Jakieś jaśniejsze niebo na horyzoncie. Jest nadzieja zatem, że jutro będzie ładniejsza pogoda. No i ma wiać z południa do qczy nędzy! Wrócę do tego nad czym myślę, gdy pedałuję. Nie ukrywam, że nad sensem tego, co robię i choć odczuwam go, nie zawsze jest on namacalny i łatwy do odkrycia. Poza tym ktoś kto tego nie doświadcza, nie zrozumie mnie. Myslę nad zmęczeniem również, ale niezbyt często. Częściej staram się myśleć o pozytywnych rzeczach. Myslę o bliskich mi osobach, o przyjaciołach, o znajomych. Godzina 19.38. trzeba troche poleżeć. Nie chce mi sie już niczego czytać. Cieszy mnnie to, że za dwa dni będę w Hudiksvall, tam jeden dzień postoju, potem jeszcze 2 i będę w Umea*. Wtedy z Mikaelem będzie już o wiele łatwiej i raźniej.
07.07.2007, dzień 6
Trasa: 150 km
Leje, ciągle leje i leje. W tym chujostwie, bo tak trzeba się o ty wyrazić, pod wiatr w dodatku, jechałem dzisiaj 150 km. Gdyby nie myśl o tym, że jutro będę u Dorothei i będę miał możliwość regeneracji i wysuszenia moich ubrań, które wszystkie są mokre, brudne i śmerdzące, pewnie bym już przestał i siedział kilka dni w namiocie. Do niemycia da się przyzwyczaić, więc nie jest tak źle:) Ale ta wszechstronna wilgoć. To jest wkurzające. Nawet bardziej niż dziesiątki mrówek, które codziennie chodzą w moim namiocie. No! Ale teraz to się rozadało! I pomysleć, że teraz miałbym namiot rozbijać. lepiej nie myśleć. Naprawdę mam dość tej pogody, a szczególnie wiatru. Ciągle wieje z północy. Jeden dzień tylko miałem dobrej pogody i z dobrym wiatrem. To wszystko oczywiście ma jakiś sens i czegoś uczy ale zdrowia to ja przy tym stracę. Hmm...A więc jutro pierwszy dzień, powiedzmy normalności. Dużo kawy mam nadzieję, dłuuugi prysznic, pranie tych śmierdzących szmat, niepedałowanie, ciepłe łóżko (to tylko opcja na ktorą mam nadzieję, nie chcę rozbijać tego zasr... namiotu:) Wracając jeszcze do tych rozważań pogodowych...Naprawdę może ona uprzykrzyć życie na wyprawie. Szczególnie deszcz a potem zaraz w kolejności jest wiatr. Tu ne ma takiej perspektywy, że za kilka godzin (to w najgorszym wypadku) czeka na Ciebie ciepły prysznic i ciepłe ubranko.. Perspektywa jest inna: za kilka dn MOŻE się odmieni i tez będzie dobrze. No tak, co do zmian wg prognoz Mikaela Blomqvista, wtorek ma być punktem zwrotnym. Ma się wypogodzić i zacząć wiać z południa.. Mam nadzieję, bo jazda w takich warunkach to koszmar, anie przyjemność. Gdyby każdy dzień kończzył się w ciepłym łóżku, można byłoby przeżyć.. U mnie kończy się on w wilgotnym śpiworze. A niech mnie! Dość narzekania. Ale jeśli dość narzekania to i koniec pisania, bo dzisiaj mam nastrój na narzekanie. Trzeba odnaleźć tego pozytywną stronę. PS Tylko Mikael, Dorothea i Ania P. do mnie pisze. dzisiaj jednego smsa przesłała rownież Aldona. Hmm. Jakby zapomnieli, że istnieję. Tacy są ludzie. Po prostu zawsze skoncentrowani na sobie. Mam nadzieję, że ta podróż zniszczy we mnie to złe. Trochę źle to jednak ująłem. Może to ja pragnę zbyt wiele uwagi ze strony innych a wcale na nią nie zasługuję? Prawdę zna tylko Bóg. Koniec na dzisiaj.
08.07.2007, dzień 7
Trasa: 100 km
Cóż mogę napisać? Wiele sę tego dnia zdarzyło. Bardzo chciałem w końcu pobyć w domu, w jakimkolwiek domu. A ten nie jest jakimkolwiek domem, tylko niezwykłym domem, bo stworzyła go niezwykła kobieta...
09.07.2007, dzień 8
Trasa: 0 km
Nadal jestem u Dorothei, bo deszcz niestety pada nieprzerwanie. Odwiedziliśmy fabrykę cukierków w Hudiksvall, bawię się z dziećmi jej brata, który przyjechał z Niemiec w odwiedziny.Nota bene Dorota sma jest Niemką. To niesamowita kobieta. Nawet nie przez to, że zna 10 języków, lec to, że Jej dom jest otwarty prawie dla wszystkich. Mieszkają tu dwaj Polacy ze Słupska, którzy do szwecji przybyli w poszukiwaniu pracy i teraz budują tutaj domy. Z Dorotą rozmawiam głownie po szwedzku, choć czasami przestaiamy się na polski. Muszę przyznać, że nawet Jej to wychodzi choć, jak sama przyznaje, polski to najtrudniejszy język, jaki dotychczas poznała.
10.07.2007, dzień 9
Trasa: 130 km
Musiałem opuścić dom, w którym było mi tak dobrze. Nie ze względu na to, żę mnie z niego ktoś wyganiał, ale z tego, że już jutro Mikael będzie w Umea*, o 17.30. Spotkamy się zatem w innym miejscu, trochę bardziej na południe , ale to nieważne gdzie, bo i tak pewnie miejsce spotkania się zmieni. Miałem dziś szczeście. Po pierwsze: nie padało zbyt wiele, po drugie: wiatr wiał z południa, po trzecie:wieczorem zajechałem zapytać gościa o wodę i dostałem propozycję noclegu w domku dla dzieci. Całkiem tu fajnie jest miękka i wygodna sofa. Przygotowałem zupę. Najpierw ją zjem a potem jeszcze coś napiszę. A oto przepis na doskonałą zupę: 1 opakowanie zupy błyskawicznej Amino Grochowa + 2 Gorące Kubki, również grochowe. Zmieszać, zalać źródlaną gorącą wodą i gotowe. rewelacja. Naprawdę smakuje jak domowa. Powiedzmy, że pierwszy głod zaspokoiłem. Zaraz zrobię jeszcze jakiś kisiel, bo taszczę to z Polski a jeszcze ani jednego nie zjadłem. Co do kaszek, to muszę przzyznać, żę z 15 zostały mi tylko 4. Masakra. Jestem w okolicy miejscowosći Liden. Na jutro ambtny plan, o ile pogoda nie zawiedzie. Chcialbym koontynuować podróż dolina rzeki aż do miejscowości Bispfors, potem drogą nr 87 dotrzeć do Solleftea*, następnie 335. Gdzień na tej drodze powieniem spotkać się z Mikaelem. Cieszę się, żę nie muszę rozbijać namiotu. Ten domek jest całkiem przytulny, nawet wytapeowany. Dobrej nocy, a ja robię jeszcze jeden kisiel.
11.07.2007, dzień 10
Trasa: 140 km
Gdzie ja jestem. W sumie nie w żadnej miejscowości, lecz na drodze nr 335. Czekam na Mikaela. Za jekieś 2,5 h powinien przyjechać. Pogoda piękna. Naprawdę zrobiło się pięknie! Siedzę tylko w spodenkach przy stole w miejscu, które Mikaelowi opisałem w smsie jako "ett ställe att vila". Kilka metrów ode mnie znajduje się jezioro, w którym teraz chłodzę herbatę (zrobioną na wodzie z tego właśnie tego jeziora). Spokojne i ciche miejsce, chociaż zaraz przy drodze. Bolą mnie płuca trochę (to chyba płuca). Może mam rozedmę:)? Dziś na początku dnia do miejscowości Bispga*rden wiało dobrze, potem trochę gorzej, a końcówkę jechałem już pod wiatr. Jest to o tyle śmieszne, że ostatnie 30 km jechałem tylko po to, aby Mikael miał bliżej. W ogóle to ten cwaniak złapał na promie jakąś okazję i jakaś babka podwiezie go ponad 100 km w moją stronę, więc nie będzie miał więcej niż 40 km do przejechania. Został mi tylko jeden sms. Na tzw. "czarną godzinę". Oby nie nadeszła. Mam nadzieję, że nie będzie żadych problemów z odnalezieniem się, bo wtedy może okazać się za mało. Strasznie chce mi się pić. Idę po tę herbatę. Może już trochę ostygła. Lepszej herbaty na wodzie z jeziora jak dotąd nie piłem. W dodatku zaparzana w niedomytym garnku po barszczu błyskawicznym:) (czemu ja go wtedy nie umyłem??). Trochę mi brakuje normalnego jedzenia. Cały czas te kaszki, słodycze albo zupki w proszku, no i banany. Marzą mi się frytki z mintajem ( podwójna porcja) i surówką do tego.. Takie małe 800 g. A do frytek najlepiej dużo soli (na brak Na nie narzekam). Jako napój: kawa espresso z potrójnym cukrem i mlekiem. Ciekawe kiedy się czegoś takiego doczekam. Pewnie dopiero w A*vist w Finlandii. O ile tam wrócimy. Piękna pogoda do czekania na kogoś. Nigdzie m się nie śpieszy. Wiatr owiewa moją nagą klatkę piersiową i plecy. Czuję, że jest chłodny, ale Słońce przezwycięża uczucie chłodu, pomimo, że już prawie 19.30. Jeszcze długo nie zajdzie za horyzont. Mam nadzieję, że to nie chwilowa przerwa w tym ciągu deszczowej aury, lecz nowy początek bardzo dłuugiego okresu bardzo ładnej pogody. Chyba czas położyć się na ławce i poopalać trochę. Taka piękna chwila więc trzeba ją wykorzystać, a nie marnować na rowerze. Muszę zanotować pewien fragment z książki "Zmysł religijny" ks. Luigi Giussaniego (wszystkim polecam!), jedynej książki jaką ze sobą wziąłem do czytania, o samotności, gdyż wydaje mi się on niesłychanie ważny. "Wobec losu pozbawionego znaczenia, człowiek czuje się straszliwie samotny. Samotność bowiem nie oznacza, że jest się samym, lecz jest to brak znaczenia. Można być zanużonym w tłumie miliona osób i być samotnym jak pies, jeśli obecność owych ludzi nie ma żadnego znaczenia".
12.07.2007, dzień 11, Junsele
Trasa: 130 km
Wpis Mikaela: Jag fick inte sova pa* natten, sa* jag trodde inte att jag skulle orka men det gick bra da* vi hade medvind. Nu är jag trött och vi har ett bekvämt ställe sa* jag hoppas att jag fa*r sova. Jag tänkte i dag varför vi far med cycklar och da* bilar tjutar a*t oss och tycker säkert vi är tokiga, speciellt min vän som har cyklat ända* fra*n Polen. Tłumaczenie: Nie mogłem spać w nocy, więc myślałem, że dziś nie dam rady, ale jakoś było dobrze, bo mieliśmy wiatr w plecy. Teraz jestem zmęczony, mamy wygodne miejsce na nocleg, więc mam nadzieję, że będę mógł spać. Dziś pomyślałem o tym dlaczego właściwie jedziemy na rowerach, gdy auta trąbiły na nas i z pewnością kierowcy myśleli, że jesteśmy szaleni, szczególnie mój przyjaciel, który jedzie aż z Polski.
12.07.2007, dzień 12
Trasa:185 km, 30 km przed Storumanem
Mikael wydaje się być padnięty:) Chyba już śpi ale nie jestem pewien. Śpimy na torfowisku. Miliardy komarów próbują wedrzeć się do naszej wspólnej fortecy. Jest ich naprawdę mnóstwo. Ten rok nie jest taki suchy jak ubiegły, więc namnożyło się ich wystarczająco dużo, aby oblepić człowieka w każdym możliwym odsłoniętym miejscu. Cóż tu dużo pisać? Na razie wieje nam w plecy, czasami pada. Krajobraz się zmienia. Coraz więcej pagórków, coraz bardziej odludne tereny, na drogach coraz więcej przyczep kempingowych. Na koniec dnia zmoczył nas deszcz więc wszystko jest mokre co na sobie mieliśmy. Ale to i tak pryszcz porównaniu co przeżywałem na początku tej wyprawy.Wolę o tym nie myśleć. We dwóch zawsze łatwiej wszystko znosić. Wszystko jest takie wyrazistsze. Nie potrafię sobie teraz wyobrazić jak w zeszłym roku na NK jechałem sam.. Wczoraj i dziś do popołudnia bolało mnie kolano (prawe, te co zwykle, gdy już coś się dzieje). Naprawdę uprzykrzało mi drogę, bo nie można wtedy w pełni skupić się na jeździe, na podziwianiu przemijających widoków, na kontemplowaniu tego co piękne, a trzeba (jest się zdeterminowanym) kierować mysli w ten jeden mały punkt własnego ciała i myśleć o tym kiedy przestanie dawać o sobie znać, że żyje, że istnieje. W zeszłym roku miałem podobny ból i po 2 lub 3 dniach ustąpił. W tym roku był chyba jednak trochę silniejszy. W ciszy prosiłem Boga aby go odjął ode mnie, aby mnie z niego wyswobodził. Wierzyłem w to, bo wiem, że jeśli człowiek pragnie rzeczy, które są dla niego dobre i o nie prosi, otrzymuje je (problem tylko w tym, że nie zawsze wiemy co jest dla nas dobre. W pewnym sensie ten ból był dla mnie dobry, lecz to dostrzegłem dopiero z perspektywy czasu). Wiele razy się już przekonałem o tym, że to czego bardzo pragnąłem dla siebie samego, w ostatecznym rozrachunku, okazywało się dla mnie szkodliwe. Sztuka to zaufanie. To nie nowe odkrycie, że człowiek sam siebie nie zna, i jest to prawdą. Tym razem Bóg i ja mieliśmy jednak takie samo zdanie o moim kolanie:) Słońce wyszło zza chmur i świeci delikatnie. Jest 21.30, lecz jasno jak w południe w Polsce. Rozmawiamy z Mikaelem. Wydaje sie być niespokojny o to ile jeszcze kilometrów pozostało nam do przejechania (tzn. do celu, ktorym jest miejscowość A* na Lofotach). Wychodzi na to, że jeszcze około tysiąca. Wcinamy chipsy i czujemy się jak mieszczuchy, ktorych jedynym sensownym (lub nie) wypelnieniem wieczoru jest obejrzenie kolejnego odcinka głupkowatego serialu "o życiu" albo ciągu reklam na Polsacie w przerwie jeszcze głupszego filmu. Tu jest jednak inaczej. Jestem z przyjacielem, ktorego właśnie złapal skurcz, i ktory teraz próbuje wykonać szereg akrobacji w celu jego neutralizacji. ooo...a teraz wali pięścią w muldę aby wyrównać podłogę naszego domu. To takie proste. Tia, skurcze to nieprzyjemna sprawa, niestety. Cóż mogę jeszcze napisać? Jutro trzeba będzie dać znać rodzinie, że się żyje. Tęsknię za paroma osobami, ale to dobrze. Przynajmniej uczy mnie to, że należy je bardziej doceniać. Życzę sobie i Mikaelowi dobrej nocy (god natt). Jestem z niego dumny, że dał dzisiaj radę, choć wrunki mamy w miarę dobre (bynajmniej wiatr). Mikael: Denna dag har för mig varit en mycket intresserant dag. Jag har aldrig tidigare cyklat sa* la*ngt men nu är jag mycket trött och orkar inte tänka pa* morgon dagen. tack. Tłumaczenie: Ten dzień był bardzo interesujący. Nigdy wcześniej nie jechałem na rowerze tak daleko. Teraz jestem jednak bardzo zmęczony i nie jestem w stanie myśleć o dniu jutrzejszym. Dziękuję.
14.07.2007 dzień 13, To samo miejsce, poranek.
Trasa: 170 km
Dziś obudziłem się o 3.00. Było tak jasno, że myślałem, że już 7.00 czy nawet później. Pogoda wydaje się być bardzo dobra, dużo słońca. Wiatr...w sumie to nie wiem. Oby nie "motvind". Nie chce się wychodzić z namiotu ale niestety trzeba. Strasznie tu ciepło i zaczyna być nieprzyjemnie. Jedno spojrzenie na mapę i zbieramy się.
Sorsele, 98 km dalej
Jesteśmy w pięknym miejscu, zaraz nad rzeką Vindelälven. Mikael leży na ławce, ja próbuję uwiecznić tę chwilę w tym pamiętniku. Akurat słońce grzeje tak silnie, że nic nie wskazuje na to, że jesteśmy juz niedaleko polarnego kręgu. Dzisiejszy etap podróży zakończymy w Arvidsjaur (bynajmniej się postaramy). Jeszcze tylko 84 km, więc jak to mówi Mikael "Vi behöver inte att ha det sa* bra*ttom", czyli w wolnym tłumaczeniu: "nie musimy się śpieszyć". Pogoda jest naprawdę piękna i zachęca do lenistwa, ale oboje wiemy, że nie po to tu jesteśmy by się obijać, ale po to by wspólnie doświadczać trudów i przyjemności podróży do pewnego celu. To wszystko ma jakieś znaczenie. Nie jedziemy do nikąd. Spoglądam na fontannę na rzece i ze spokojem i zadowoleniem widzę, że wiatr wieje w "dobrym" kierunku. Teraz poruszać się będziemy cały czas drogą nr 45, aż do Kiruny. Potem zmienimy na E10. Dzisiejsza druga część dnia to droga na wschód, przez 84 km. Tak wiedzie. Dopiero od Arvidsjaur trasa przyjmuje znów południkowy charakter. Cóż nam pozostało jeszcze tu do zrobienia? Zakupy i chyba ruszymy dalej. Cieszę się, że tu jesteśmy. To niezwykłe uczucie być w terenie, gdzie każda, nawet najmniejsza wioska, jest wielką oznaką cywilizacji. Poza tym istnieją tylko las, jeziora, rzeki i dzikie zwierzęta. Wieczór, 15 km przed Arvidsaur Krajobraz zmienia sie powoli, przybywa gór. Może nie są to jakieś wyszukane szczyty, ale odludność tych terenów połączona z lesistością i dużą liczbą jezior tworzą niezwykłą scenerię. Droga wije się wciąż pod górę albo w dół. Pod górę 18 kmh, w dół 40. I tak minuta za minutą, godzina za godziną . Dziś wykąpaliśmy się w jeziorze, oczywiście po nagu, bo trzeba było wymyć wszystkie części swojego ciała, nie tylko te co widać, bo najbardziej brudzą się te właśnie, które są zasłonięte. To było nam bardzo potrzebne..Odświeżyło i dodało energii. Zacząłem myć zęby dość regularnie (wcale nie piszę, żę często ale regularnie:) Dziś nawet dwa razy, ale to wyjątek. Za to Mikael w ogóle nie myje..Ale za to też regularnie i o to chodzi. Jeśli chodzi o niego, to muszę przyznać, że jak na czterdziestoletniego trutnia to radzi sobie bardzo dobrze. Czasami odstaje, zwłaszcza pod górę, ale generalnie to nie wyścig, a tempo trzymamy dobre, nawet bardzo dobre. Męczy nas obojga zbyt wolna jazda, a średnia 24 kmh nam obu w miarę pasuje. Zaczęły się na drodze pojawiać renifery. Te pierwsze, nazwijmy je "południowe" są jakieś takie brzydkie. No ale to dopiero początek i wszystko jeszcze przed nami. Cieszy mnie to, że jesteśmy tu razem. Odżywiamy się dobrze, co uwieczniam systematycznie na zdjęciach. Mała zmiana nastąpiła w moim jadłospisie, z kaszek dla dzieci na puree ziemniaczane i kotlety mielone:) Dużo kawy (sami robimy i kupujemy w różnych miejscach) . Jest 21.34, jasno jak o 13.00 w Polsce. Zasnąć idzie jednak bez problemu. Ewelina do mnie pisze i to mnie jakoś podbudowuje. Wszyscy inni jakoś na razie o mnie zapomnieli. Tak to jest. Jak się do ludzi nie napisze samemu, to można do u.....śmierci czekać na ich odzew:) Dobranoc. Mikael: Jag känner mig bättre i dag än i ga*r sa* kanske jag orkar lite än. Backarna känns nog tunga än. hej:) Tłumaczenie: dziś czuję się lepiej niż wczoraj, więc może dam radę. Pagórki zdają się być jednak ciężkie. narq:) Ale się wysilił gamoń.
15.07.2007, dzień 14, Ka*bdalis (30 km na południe od Koła Podbiegunowego)
Trasa: 120 km
Oddajmy na początku głos Mikaelowi: "I dag känner jag mig mycket bra da* man tänker pa* att jag har orkat sa* här la*ngt nu, sa* da* ma*ste man ocksa* orka resten. Allt känns sa* roligt att kunna ta sig fram med cykel. Vi tog en lite kortare dag i dag". Tłumaczenie: "Czuję się dziś bardzo dobrze, gdy pomyślę, żę już tyle zdołałem przejechać, tak więc trzeba przejechać i resztę. To zabawne poruszać się naprzód rowerem. Dziś mieliśmy troszkę lżejszy (krótszy) dzień. Nie wiem co mam napisać. Chyba tylko tyle, że wynajęliśmy stugę i mamy wypasik, jak to mówią.
16.07.2007, dzień 15, Gällivare
Trasa: 162 km
Już tak daleko na północy jesteśmy. Widoki z drogi niesamowite, zapierające dech w piersiach. To tak piekny zakątek Europy, tak niezmiernie dziki. Cud, że jeszcze przetrwał. Widocznie człowek nie miał tu zbyt wielu interesów. Dziś przekroczyliśmy krąg polarny. Niby to coś ciekawego, ale w rzeczywistości turystyczna pijawka. Ciekawe ilu ludzi w ogóle zdaje sobie z tego sprawę co to właściwie jest Koło Podbiegunowe, poza tym, że jest to przerywana linia na mapie. Zatrzymaliśmy się tutaj oczywiście, ale tylko na kilka minut. Kilka fotek i ruszyliśmy w stronę Jokmokk. Dziś mieliśmy przez większą część dnia wiatr z północy, niestety. Przy takim układzie dało o sobie znać powtórnie moje prawe kolano. Naprawdę zaczęło mnie boleć w niektórych momentach tak, że nie sposób było porządnie na pedał nacisąć. Przez to czuję, że moja lewa noga jest bardziej od prawej zmęczona. Mikael jest w stanie krytycznym niestety. Bynajmniej sam tak mówi, ale widać to po nim. Ledwie chodzi biedak. Ma tak wyeksploatowane mięśnie, że z trudem w ogóle na rower wchodzi. No cóż. Moje kolano i jego zmęczenie - jesteśmy kwita. Rozłożyliśmy się z namiotem w granicach miasta, przy drodze na Kirunę i Lulea* jednocześnie, ale w lesie i nad jeziorem, więc jest w miarę cicho i przyjemnie. Zastanawiamy się czy nie zrobić sobie dnia wolnego jutro. Chyba oboje tego potrzebujemy, ale to będzie zależeć od tego jak jutro będzie wiało. Szkoda, szczerze mówiąc, marnować wiatru "w plecy". Próbowałem Mikaelowi zrobić jakiś masaż, ale jego reakcja w postaci krzyków i szamotania się uniemożliwiła skuteczne przeprowadzenie restytucji jego mięśni, więc akcja musiała zostac zaprzestana. Po drodze mijają nas głównie turyści. Francuzi, Niemcy, Holendrzy, Szwajcarzy. Tych jest najwięcej. No i Szwedzi i Norwegowie oczywiście. Ciągną swoje przyczepy - domy na kołkach swoimi volvo, mercedesami, saabami i innymi smrodami. Wiele również motocyklistów podróżuje wzdłuż Inlandsvägen, aby podziwiać tutejsze krajobrazy. Cyklistów mało. Dziś minęło nas dwóch tylko. Po kolane nie widać, że jest z nim coś nie tak, a jednak gdy mocniej naciskam na pedał, od razu pojawia się ból. Smaruję fastum gdy tylko mogę. Już chyba pół tubki poszło. Mam nadzieję, że działa. Wieczór w namiocie to głownie pisanie tego co piszę, jedzenie (niekonieczne zdrowe, np. teraz chipsy), przeglądanie zrobionych zdjęć na aparacie, słuchanie muzyki, przeglądanie mapy, gadanie o dupie marynie, pierdzenie i bekanie (to w sumie cały czas:) Dziś mijają 2 tygodnie odkąd jestem w Szwecji. Tylko 1 dzień nie jeździłem w ogóle na rowerze, wszystkie inne 13 dni to nieustanne poruszanie się na północ. No i jest efekt. Jesteśmy na samej północy. Mikael: "Jag blev överraskad om den mycket kuperade och vackra naturen i Gällivare. Jag fick problemen med benen men kanske det är bättre i morgon. Egentligen kännde jag i dag att jag ville avsluta denna resa och ta mig hem med bil". Tłumaczenie: Zaskoczył mnie tu pagórkowaty teren i piękna przyroda. Pojawiły się problemy z nogami, ale może jutro będzie lepiej. Właściwie myślałem nad tym, aby zakończyć tę podróż i wrócić do domu samochodem.
17.07.2007, dzień 16, jakieś 8 km przed Torneträsk, do granicy z Norwegią 85 km
Trasa: 170 km
W końcu wjechaliśmy w góry. Wprawdzie droga wiedzie prawie po płaskim, a wzdłuż niej nitka kolei łącząca Kirunę z Narwikiem, ale kikadziesiąt, czasami kilkaset metrów od niej wypiętrzają się potężne masywy. W oddali jeszcze widać góry, których wyższe partie są pokryte śniegiem. Biała czapa zalega tam przez cały rok. To robi wrażenie. Wciąż doKucza mi kolano. Dziś mieliśmy z wiatrem, więc nie było źle, ale co będzie gdy trzeba będzie jechać pod wiatr? Nie ma się co tu dużo zastanawiać. trzeba sobie robić dzień odpoczynku. Dla ciała i dla psychiki, chociaż ta druga raczej odpoczywa. Dziś nocujemy pośród olbrzymich głazów. Powiedziałbym nawet,że wygląda to jak zaczarowany las. Karłowate brzozy, borówki i te kamienie tworzą uroczą mieszankę. Chyba Mikael się dzisiaj na mnie obraził. Jesteśmy oboje męczeni i łatwo o cokolwiek nieprzyjemnego. Wysiadła mu oś suportu i mieliśmy przenocować kilka, co najwyżej, km za Kiruną, by jutro tam kupić nową (dziś jest niedziela chyba). Niestety zapomniałem o tym i przejechaliśmy trochę więcej. Ale on zamiast o ty mi powiedzieć, chyba dusił to w sobie i tak przejechaliśmy 40 km. Mam nadzieję, że jutro się poukłada na dobre. Jest godzna 21.20. Dziś kupiliśmy bardzo drogIe cukierki. Były przepyszne ale ich cena jest zatrważająca. Z kilkanaście bombonów zapłaciliśmy 103 SEK, czyli około 42 PLN. Co do Kiruny, to wywarła ona na nas bardzo pozytywne wrażenie. Może to kwestia ładnej pogody, ale to przemysłowe miasto z odkrywkową kopalnią rudy żelaza na progu jest naprawdę całkiem ładne, i takie spokojne. No i maja tam bardzo drogie cukierki:)
18.07.2007, dzień 17
Trasa: 0 km
Cały dzień leje więc nie ruszamy się z namiotu. Tyle.
19.07.2007, dzień 18, 15 km przed Narwikiem
Trasa: 125 km
To był trudny dzień. Wiał niesamowicie silny wiatr od strony Norwegii. Rano, tzn. około 10, bo jakoś tak wyjechaliśmy, było tak zimno, że założyłem podwójna bluzę, do tego kurtkę, czapkę i rękawiczki. Nie wspomnę juz o Mikaelu, bo on to dopiero zmarzluch jest. Na początku, tzn. muszę napisać cały dzień, szło opornie. Wszystko ze względu na ten niesamowicie silny wiatr. Momentami zwalniał nas do 10 kmh. Pogoda była jednak cudowna. Dużo słońca. Czasami to się nawet przyjemnie robiło, szczególnie gdy schodziliśmy z rowerów by robić zdjęcia. Dzisiaj dużo zrobiliśmy, bo widoki były cudowne. Przekroczylismy granicę nareszcie. Od razu inne klimaty. Norwegia to jeden wielki głaz. Tu nie ma ani skrawka płaskiego miejsca. Wszystko powywracane do góry nogami. Lofoty coraz bliżej. Mam nadzieję, że jutro wiatr będzie dla nas bardziej przychylny. Tak dużo sił wysysa, zwłaszcza gdy ciągnie się te żagle ze sobą. Cóż więcej mogę napisać? Możę M. coś szkrobnie?
20.07.2007, dzień 19
Trasa: 115km
Mikael "115 km har vi cyklat i dag. Vi är nu i Korsnes, en liten by med en mycket vacker utsikt. Vi ligger i en husbil som vi fick hyra för 200 kr. Det har varit en regnig dag sa* va*ra kläder behöver torka. Jag har aldrig tidigare cyklat i tunnel men i dag i Narvik var vi tvungna att fara igenom en som var 2,1 km la*ng och det var mycket hemskt. Det var ocksa* en annan tunnel men den var bara ca 700 m . Den här är nog den mest intresseranta resan i mitt liv. Jag hoppas att den inte är den sista. Jag känns att den ger mig sa* mycket kraft da* man ma*ste kämpa nästan varje meter. Nu orkar jag inte skriva mera. Hej". Tłumaczenie: Przejechaliśmy dzisiaj 115 km. Jesteśmy w Korsnes, małej wiosce z pięknym widokiem. Leżymy w samochodzie kempingowym, który za 200 koron wynajęliśmy. Dzisiejszy dzień był bardzo deszczowy, więc nasze ubrania wymagają wysuszenia. Nigdy wcześniej nie jechałem w tunelu a dzisiaj w Narwiku bylismy do tego zmuszeni. Miał 2,1 km i było to straszne. Był również inny tunel, ale tylko 700 m długości. To najbadziej interesująca podróż mojego życia, mam nadzieję, że nie ostatnia. Czuję, że dodaje mi wiele siły, kiedy trzeba walczyć niemal na każdym metrze. Nie jestem w stanie napisać więcej. Hej.
21.07.2007, dzień 20
Trasa: 20 km promem, 107 rowerem
Szybko płynie czas. Powiem nawet, że bardzo szybko. Wakacje upływają, z resztą jak wszystko. Nic nie stoi w miejscu. Dziś rano myślałem, że już będzie tylko gorzej. kolano bolało, zimno jak w Norwegii, pada. Nic, tylko zapłakać. Okazało się jednak, że nie jest tak źle i wszystko się zmienia. Przestało padać, zrobiło się cieplej, kolano przestało boleć, wiatr zaczął wiać w dobrym kierunku. Zaczęliśmy dzis wyjątkowo późno.. Dopiero o 12 zwlekliśmy się z auta, w którym spaliśmy, o 13.40 mieliśmy prom , 60 min promem. Około 16 dopiero wyruszyliśmy we właściwym kierunku z Lodingen drogą E10. Krajobrazy - trudno opowiadać. Widać na zdjęciach, albo i nie, bo trudno to oddać właściwie. Stało się tak, że Lofoty ominęliśmy. Pogoda nas odstraszyła, więc pojechaliśmy w innym kierunku. Nadrobimy piękne widoki gdy pogoda się poprawi. W zamian chcemy odwiedzić fiord Lyngen i góry nna półwyspie wzdłuż fiordu. Podobno są również niesamowite. Jest nadzieja na poprawę pogody. Jest dobrze.
22.07.2007 - 02.08.2007
To bardzo dzwne ale w tych dniach nie zamieściłem ani jednego wpisu w moim pamiętniku. Ciekawe dlaczego. No nic, tak bywa. W tych dniach podrożowaliśmy do miasteczka Nordkiosbotn a potem udaliśmy się w stronę Finlandii do Kilpisjarvi, następnie do Ostrobotnii, gdzie mieszka mój przyjaciel Mikael.
03.08.2007, dzień 33, A*vist
Już sierpień, już tydzień jak tu jestem. Tak mi tu dobrze, że z trudem będę opusczał to miejsce. Nawet pogoda zaczęła się klarować, gdy przyjdze mi stąd odjechać. Wstaliśmy dziś po 9. Dzisiaj również jakaś dłuższa trasa rowerowa, może 200, kto wie. Mikael na dole przygotowuje śniadanie (tzn. wyjmuje rzeczy z lodówki), bo jego rodzice pilnują dzieci u brata. Jutro chrzest małej Elen (córki Anette), przyjedzie cała rodzina. Nie wiem czy powinienem zostać jeszcze do niedzieli. Zapowiada się piekny dzień. Do następnego pisania.PS Tak sobie myślę ile ten zeszyt już przebył kilometrów ze mną po północnej Europie (i to w jakich warunkach). Na szczęście był przeze mnie dostatecznie chroniony, aby przetrwać te wszystkie okresy niepogody.
04.08.2007, dzień 34
Do dnia dzisiejszego przejechałem 4010 km na rowerze, jakieś 300 promami, 537 pociągiem, 560 km autobusem i jeszcze trochę autem tu na miejscu. To daje na dzień dzisiejszy jakieś 5663 km. Trochę dużo, zwłaszcza że czeka mnie przecież jeszcze podróż do domu.Najchętniej zostałby tu jak najdłużej i wrócił do Polski samolotem, ale to niestety niemożliwe. Zbyt droga ta przyjemność (zresztą kto tu mówi o przyjemności). Dziś mamy typowo letnia pogodę. Jest godzina 19, a na zewnątrz prawie 30 stopni. To można nazwać latem, w końcu. Mam nadzieję, że w drodze powrotnej do Polski nie będę miał zbyt wielu deszczowych dni. Może być zimno ale tylko oby nie padało. To jest hemskt :) Chyba pojedziemy jeszce na rowery z Mikaelem. Trzeba wykorzystać tę piekną pogodę. Nie można jej zmarnować.
05.08.2007, dzień 35 (niedziela, noc)
Godzina 00:11. Leżymy z Mikaelem, wygrzawszy się uprzednio w saunie. Jestem zmęczony. Trzeba iśc spać.
06.08.2007, dzień 36
Trasa: 204 km, A*vist>kilka km za Visuvisi
Leżę sam w spleśniałym namiocie i nie mam się do kogo odezwać. Kolejny etap, tym razem końcowy, rozpocząłem. Nie jest źle. 204 km od godziny 13 to całkiem nieźle. Pogoda w końcu typowo letnia., choć wiem, że w nocy może być zimno. Mam nadzieję, że chłód mnie nie obudzi. Namiot rozbiłem przy jakiejś leśnej drodze, więc mam również nadzieję, że nie będzie się tu nikt pałętał. Jutro odwiedze moich znajomych w Hattuli (oby byli u siebie w swojej letniej rezydencji) pojutrze zaś Seppo w Tuusuli. Potem opuszczę Finlandię i promem do Tallina przepłynę sobie. Stamtąd jeszcze jakieś 5, 6 dni i będę u babci na Podlasiu. Tak bynajmniej sobie liczę, a jak będzie to sie okaże. Nie naciągałem dzisiaj tropiku na namiot, bo to wątpliwa rzecz aby dzisiaj padało w nocy. Namiot ten, wg moich wymagań, nadaje się już tylko do wyrzucenia. Ani to dobrze nie chroni przed deszczem już, połamane kijki ze stelarza, a do tego teraz jeszcze ta pleśń, a raczej spleśniałe zwierzęta gromady Insecta:), rzędu Hymenoptera. Można się w sumie przyzwyczaić do zapachu pleśni, ale nieprzyjemny jest czas adaptacji. Ok, jeszcze tylko banan na kolację i trzeba będzie iśc spać. Godzinę mamy 22.17. Dobranoc.
07.08.2007, dzień 37, Hattula
Siedzę sobie na ławce przed domem państwa Soromaki. Niestety nikogo nie ma w domu, ale stoi samochód, stoją rowery, suszą się rzeczy, tzn. ubrania na dworze, więc najpewniej tu są. Zresztą w taką pogodę któż by siedział w domu? Dziś mamy upalny dzień. Temperatura około 28 stopni. W słońcu pewnie więcej. Ae tu, nad jeziorem, przyjemny, chłodny wiatr. Siedzę i śmierdzę. Tak, oba te czasowniki wyrażają moją bierność, bo ani siedzenie, ani śmierdzenie nie angażuje mojej witalności, praktyczne nie pobiera energii. Z tym, że ten drugi opisuje wyniki moch uprzenich zmagań energetycznych, a pierwszy przejście w naturalny stan spoczynku. A więc siedzę i śmierdzę, no i czekam aż może ktoś się zjawi. Czyli de facto nic nie robię. nie, jescze piszę, bo głupio tak tylko siedzieć i śmierdzieć. Nie lubię nic nie robić, a więc czekam. CZekam, bo bardzo chciałem tych ludzi ponownie zobaczyć. Byli bardzo mili gdy w zeszłym roku 2 razy ich odwiedziłem. Na pewno mnie pamiętają. W drzwiach zostawilem kartkę w dwóch językach (ang. i szw.), w razie gdybym musia opuścić to miejsce, aby wiedzieli, że byłem, i żę czekałem. Może pływają motorówka, a może łowią ryby? Nie wiem. Stojąca przede mna Honda Accord daje mi nadzieję, że jednak tu są i że się spotkamy. Jutro ruszę w dalszą drogę, ale nie będzie to najdłuższy dystans tej wyprawy. Zaledwie 90 km i to nie najkrótszą drogą. Tylko tyle dzieli Hattulę od Tuusuli. Ta spotkam się z Seppo., którego kiedyś spotkałem na granicy fińsko-norweskiej, a później odwiedziłem w jego domu na poludniu Finlandii. Hmmm, po jutrze będę już w Estonii, może nawet gdzieś w okoicach Parnawy. Potem będzie już tylko bliżej i bliżej domu. Trochę smutne to uczucie, że trzeba już wracać, ae wszystko sie kiedys kończy. Wczoraj rozstaliśmy się z Mikaelem, po prawie miesiącu spędzonym wspólnie. Było ciężko, ale musiało to nastać. Nie trwało dudo, bo im dłużej, tym staje się to trudnejsze. Jestem głodny. Mam wprawdzie 2 banany ale nie mam na nie ochoty. Byćmoże faktycznie będę musiał jechac dalej i spać kolejną noc w spleśniałym namocie, ale mam nadzieję, że nie. Głupio tak siedzieć u kogoś, szczerze mówiąc. Może są tu jeszcze jacyś inni ludzie, których nie znam, i to onni pierwsi zobaczą, że jakiś troll siedzi na ławce. Ech, wisi mi to, szczerze mówiąc. Dom należy do ludzi, których znam, a ja czekam na nich. Włamywaczem nie jestem. To dziwna rzecz, ktorej mam zamiar teraz napisać. Prawde mówiąc paradoksalna. Zapytawszy kogoś, która część ciała boli najbardziej (jest najbardziej zaangażowana) podczas jazdy na rowerze, większość ludzi odpowie, że nogi. To przecież one są silnikiem tego pojazdu. Intuicjonalnie taka odowiedź wydaje się słuszna. jak więc wytłumaczyc fakt, że to nie nogi, lecz d... bol najbardziej? Jeśli miernikiem włożonej pracy jest ból jaki po niej odczuwamy, to właśnieta część ciala jest najbardziej eksploatowana. Tak naprawdę, to nie jest to prawda. Widać więc na tym przykładzie refeksji nad d..., że źle poczynione założeni prowadzą do błedu. Jako doświadczony cyklista gwarantuję, żę to nogi, pomimo, że nie bolą tak jak ów 4literowy tył ciała, pracują najintensywniej. Kto nie wierzy, proszę wprawić w ruch rower, przejechać chocaż kika metrów, używając... Na tym humorystycznym akcencie kończe ów pseudointelektuany wykład nad wyższością nóg nad d....w kwestii napędu ojazdu jednośladowego. CZekam już ponad godzine i zazynam wątpić w to, zę ktos może przyjść. Jest 17.30. Poczekam najwyżej do 18, a potem trzeba będzie jechac dalej. Niestety. No cóż. Raz jest tak, a drugi raz inaczej. Ktoś mi tu grab liście zaraz obok. Grabi albo kosi coś. Nie wiem. Może lepiej abym zapytał kogoś czy oni są. Zaczyna mi się robić glupio. 20.20, 10 km za Haameenliną (nigdy nie wiem jak to się pisze dokładnie), 170 km. Co się okazało? Roodzice Marko są w Kuusamo, on z rodzina nad morzem, więc tym razem ne byo możliwości aby się spotkać. Zjadłem 200 gramową paczke chipsów i mogę iść spać. Strasznie mam tyłek odparzony. Na szczęście jutro tylko 90. Dobranoc. Dochodzę do wniosku, że lepiej umiem szwedzki chyba niż angielski, niestety. Troche to przykre, ale muszę sięwziąć za ten angol.
